Zwykle spotykam sławne osoby w strefie pasażerskiej na lotnisku, a nie w windach.
Około 20 lat temu spotkałem ówczesnego kongresmana, obecnie senatora Berniego Sandersa w poczekalni przy bramce na międzynarodowym lotnisku Burlington, VT, kiedy podwoziłem żonę na lot do Waszyngtonu. Był bardzo serdeczny i uprzejmy. Wydawał się być całkiem Chińska firma zajmująca się windami pasażerskimi dostępny, ale się powstrzymałam, bo nie chciałam mu już więcej przeszkadzać po wymianie pozdrowień. (Od tamtej pory krzyczę na siebie z tego powodu.)
Wiosną (kwiecień? maj?) 1968 roku spotkałem senatora Nowego Jorku Roberta F. Kennedy'ego na międzynarodowym lotnisku w Grand Rapids (obecnie Gerald R. Ford International) po tym, jak zatrzymał się on podczas kampanii w Grand Rapids w stanie Michigan. Miałem wtedy 13 lat, ale byłem już początkującym maniakiem polityki i wielkim fanem Kennedy'ego. Przywitałem się z nim i uścisnąłem mu rękę. Po uścisku dłoni ze mną, moim ojcem i resztą tłumu, który zebrał się, aby go zobaczyć, jego personel szybko wepchnął go do samolotu i wkrótce potem odleciał. Spotkanie trwało około 15 minut.
Obydwa spotkania były bardzo krótkie i żadne z nich nie było szczególnie istotne, ale pozostają żywo w mojej pamięci i zawsze będę je cenić. Obaj są moimi wielkimi bohaterami.